czwartek, 12 lutego 2015

31. Jest w Nich zakochany. Do szaleństwa...


Inspiracja:
Coldplay - Paradise




SZPITAL...

- Jeśli jeszcze ktoś zada to pytanie to przysięgam, że warknę. - mówię zirytowana. Tłumy odwiedzających od samego rana po porodzie to nie jest najlepszy pomysł.
- Wywieś na drzwiach tabliczkę "czuję się jak porozrywany balonik". - szczerzy się Manu za co zostaje zmrożony przeze mnie wzrokiem. To, że tak właśnie jest nie oznacza, że ma się ze mnie nabijać. 
- Nie chciałbyś się tak czuć... - syczę. Ok. Wystraszyłam Go. Wystarczy.
Weź Ich wszystkich wygoń. Mam dość. Chcę spać!
A ja chcę w końcu zobaczyć moje córki... Więc patrzę z błagalną mina na Michaela. Uśmiecha się tylko lekko.
- Ok. Odwiedziny skończone. Zapraszamy za tydzień. - mówi pokazując dłonią drzwi sali. 
- Gdybyś dał znać bylibyśmy wcześniej. - mówi Stefan. Jest wyraźnie zły, że o wszystkim dowiedział się na końcu. Ale ja na to wpływu nie miałam. 
Gdybyś miała, dowiedzieliby się o porodzie jak wrócilibyście do Hallein.
Ale ile byłoby spokoju...
- Myślałem, że jak się urodzi to brzuch maleje, a Ona nadal jest gruba.
- Zamknij się Didl! - i drzwi się zamykają. Dzięki Bogu. Michael siada na krzesełku obok. Popełnia błąd. Patrzę na Niego wyczekująco ale On się tylko uśmiecha do mnie jak jakiś świr na przepustce. Jestem wkurzona. I to bardzo. Więc zrzucam z siebie kołdrę i usiłuję wstać z łóżka. Od razu łapie mnie w pasie i przerażony patrzy na mnie uparcie.
- Co Ty robisz? - pyta. - Nie możesz jeszcze wstawać, powinnaś leżeć i odpoczywać i...
- Zamknij się i mi pomóż! - warczę. Milknie. No tak. Grabię sobie. Już powinnam się nauczyć, że na Michaela się nie warczy. Robi minę mówiącą "nie dyskutuj" i sadza mnie spowrotem na łóżku. - Pomóż mi się dostać na ten cholerny wózek! - warczę ponownie.
Jakiś gen masochizmu Ci się włączył? Odpuść mała... Jesteś zmęczona... I ja też. Pomyślże o mnie choć raz!
- Masz leżeć. - mówi próbując być spokojnym.
- A Ty miałeś dbać o mój komfort, a od rana tylko wpuszczasz i wypuszczasz kolejnych odwiedzających.
- I właśnie dla Twojego komfortu chcę żebyś spowrotem się położyła i poszła spać. 
- Nie chce mi się spać!
- Wyglądasz jak siedem nieszczęść więc nie dyskutuj ze mną!
- Owszem wyglądam, bo jakbyś nie zauważył to dzisiejszej nocy rozcięli mi brzuch i wyciągnęli ze mnie dwie małe żyjące istoty, których do tej pory nie widziałam! - prawie krzyczę Mu prosto w twarz. I płaczę przy tym. Cholera. Hormony nadal działają. Ale wyraz Jego twarzy jakby nagle łagodnieje. 
Zrozumiał. Brawo. Dajmy Mu Nobla.
- Julka... - zaczyna spokojnie. Głaszcze mnie przy tym po policzku. - Jesteś jeszcze słaba, straciłaś dużo krwi w nocy, powinnaś...
- Nie mów mi co powinnam a czego nie tylko zabierz mnie do Nich! Natychmiast! - znowu prawie krzyczę, a dłonie mam zaciśnięte w pięści. Przez chwilę tylko patrzy ale poddaje się. Nie odpuszczę. I dobrze o tym wie. Wie, bo sam nie wytrzymałby gdyby Ich nie zobaczył zaraz po porodzie. Więc pomaga mi się przesiąść na wózek i zawozi do ogromnej niebieskiej sali na końcu korytarza. Przez przeszkloną ścianę widzę kilkanaście małych szpitalnych wózków z noworodkami. Przy kilku z nich stoją zapewne rodzice tych maluszków. Na tej sali moje małe szkraby niestety jeszcze leżeć nie mogą. Więc jedziemy kawałek dalej i widzę rząd małych stoliczków z przezroczystymi skrzyneczkami, w których leżą noworodki. Są takie malutkie. I podłączone milionami kabelków do wielkich maszyn. Muszę zacisnąć zęby żeby znowu się nie rozpłakać. Bo wśród tych dzieci są też moje maleństwa... Michael ściska Moją dłoń. 
- Wszystko z Nimi w porządku Jula, muszą tu być żeby przybrać na wadze i trochę podrosnąć... - mówi. Patrzy mi w oczy tak jakby wiedział o czym teraz myślę. - To nie Twoja wina, że się tutaj znalazły. - dodaje. Tak. Czyta mi w myślach. Bo gdybym tylko się tak nie denerwowała, gdybym założyła słuchawki i miała wszystkich gdzieś, jeszcze byłyby ze mną. Miały się urodzić dopiero za niecałe dwa miesiące... - Hej... - unosi mój podbródek i całuje mnie czule. - Gotowa? - kiwam tylko głową. Kiedy podjeżdżam pod dwie małe skrzyneczki nie mogę się powstrzymać. Uśmiecham się przez łzy. Bo są takie śliczne. Maleńkie i delikatne. Jak porcelanowe laleczki. Śpią. Delikatnie unoszą Im się klatki piersiowe. Jedna z Nich ssie sobie kciuk, a druga ma rączkę przy główce i robi coś co przypomina kręcenie sobie loka na palcu. I uśmiecham się jeszcze bardziej kiedy i One uśmiechają się przez sen. Czuję jak dłoń Michaela dotyka Mojej dłoni. Więc patrzę na Niego. Wpatruje się maślanym wzrokiem w dziewczynki i uśmiecha. Jakby widział najpiękniejszą rzecz na świecie. Nigdy nie widziałam żadnego mężczyzny w takim stanie. Jest w Nich zakochany. Do szaleństwa. I znów zbierają mi się pod powiekami łzy. Kolejny raz wypuszczam je na moje policzki. Bo nigdy nie spodziewałabym się, że spotka mnie coś tak cudownego. Czuję, że mam już wszystko i nic więcej do szczęścia nie jest mi potrzebne. Wracam do dziewczynek. Muszę się na Nie napatrzeć. Ale nie wiem czy w ogóle jest to możliwe. Chciałabym Je mieć obok siebie przez cały czas. Są identyczne. Jak wyjęte z ksero. I tak bardzo podobne do Niego... Mają te same usta. Pełne, zaróżowione... i choć są noworodkami to są blade. Jasna karnacja Michiego wygrała w tym wyścigu. To powoduje u mnie śmiech. Po raz pierwszy od dłuższego czasu tak po prostu mogę się śmiać. A kiedy jedna z dziewczynek dostaje czkawki i tak zabawnie podskakuje leżąc na boku śmiejemy się oboje. I ściskam Mu mocno dłoń, którą mnie trzyma. 
- Są takie maleńkie... - wzdycham.
- Najpiękniejsze na świecie. - mówi z wyczuwalnym uwielbieniem. Dopiero teraz mogę dostrzec, że na każdej czapeczce noworodka wypisane są litery. Pierwsza litera imienia i nazwisko oraz data urodzenia. Taki zwyczaj tutejszego szpitala. Żeby dzieci miały coś na pamiątkę. Jako pierwszy prezent w życiu. Pochylam się lekko do przodu, żeby ujrzeć co napisane jest na czapeczkach moich córek. I jestem zdziwiona kiedy widzę inicjały.
- K. i A. Hayboeck? - teraz patrzę na Niego z pytajnikami w oczach. I chyba po raz pierwszy od wejścia tutaj odwraca wzrok od dziewczynek. Uśmiecha się lekko.
- Mam nadzieję, że nie będziesz miała mi tego za złe. - mówi. - Wybrałem dla Nich imiona. Musiałem to zrobić sam, bo byłaś jeszcze w narkozie. - kontynuuje. 
- K. i A. ? - pytam ponownie. - Błagam powiedz, że to nie jest Kate i Anna, bo przysięgam, że Cię zabiję. To takie pospolite imiona Michael...
- Kim i Amy. - przerywa mi spokojnie a ja milknę i patrzę na Niego nie wierząc własnym uszom. 
Oooooch... tak bardzo Go kochamy co nie?
Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak bardzo. 
- To... - nie wiem co mam powiedzieć. 
- Hej... - głaszcze mnie po policzku. - Wiem jak wiele dla Ciebie znaczą te osoby. Ile... znaczyły. Nie mogłem postąpić inaczej. - uśmiecha się.
- Dziękuję. - tylko tyle jestem w stanie powiedzieć. 
- Powinnaś odpocząć. - mówi poważniejąc. Sama czuję, że tego potrzebuję. I to bardzo. Choć mogłabym tu siedzieć cały dzień...

***

- Zasnęła jak tylko wróciliśmy od dziewczynek. - mówię zerkając na Nią co chwilę. - Tak tato, wszystko mamy... Nie, to nie ma sensu. I tak nie możecie do Nich iść... Dobrze... Kto?... Wiesz jak bardzo mnie to nie obchodzi... Jasne, papa. - rozłączam się i zerkam na łóżko. Patrzy na bukiet białych róż stojący na szafce obok łóżka. W dłoni obraca małą karteczkę. Po chwili zwraca wzrok na mnie i przygląda mi się uważnie. 
Zaraz się zacznie...
Co się zacznie?
Jeszcze się nie przyzwyczaiłeś, że taki wzrok nie zwiastuje dobrej nowiny tylko jakąś głębszą rozkminę?
- Gdzie jest Matthias? - pyta nagle. 
A nie mówiłem?
Cholera.
- Nie wiem kochanie. - mówię i siadam na krzesełku obok łóżka. Biorę Jej dłoń w swoją dłoń chcąc uniknąć tego tematu jak ognia. Bo to cholernie niewygodny temat.
Serio? Myślałem, że lepiej Ją znasz... Będzie drążyć.
- Michael? Masz mnie za idiotkę? - pyta nad wyraz spokojnie. A to zły znak. Więc patrzę na Nią ale nic nie mówię. Pozwalam Jej się wygadać. - Przez czas kiedy leżałam tutaj przed porodem nie chciałam się stresować więc nie pytałam. A doskonale wiem, że wiesz gdzie jest i co się dzieje z Mattem. 
- Nie wiem Julka.
- Nie okłamuj mnie! - warczę. - Matt przysłał gratulacje i życzenia szybkiego dojścia do siebie po porodzie, skądś musiał to wiedzieć, a Thomas nie ma teraz do tego głowy...
- Jest jeszcze Gregor. - zauważam dość desperacko.
Przeciągasz nieuniknione Michi.
- Serio? - wzrokiem może zabijać. Uścisk staje się mocniejszy. Ech... - Stefan dowiedział się, że urodziłam dopiero dziś rano, a jedyną osobą oprócz Niego, która wiedziała, że moja siostra miała na imię Amy był Matthias. - dodaje. 
Masz pecha, że trafiłeś na bystrą.
I co ja mam zrobić?
Powiedzieć prawdę. I tak będziesz musiał.
- Julka...
- Gdzie jest Matt?! - pyta stanowczo. - Czemu mnie nie odwiedził ani raz? Czemu nie zadzwonił? Co się z Nim dzieje Michael? - pyta. Widzę jak w Jej oczach znowu coś się zmienia. Ona się po prostu cholernie martwi. Tak cholernie cholernie... - Michael... Matthias jest dla mnie jak brat... dyby coś się stało Aleksowi też chciałbyś wiedzieć prawda? - pyta dużo ciszej. Złość zamieniła w strach. Nie umiem Jej dłużej okłamywać. Po prostu nie umiem. 
- Nie denerwuj się, proszę. - mówię biorąc obie Jej dłonie w swoje. - Posłuchaj mnie uważnie... Matt... dowiedział się co robił Ci Karol przez te wszystkie lata. - wyznaję. Milknie. W oczach ma przerażenie. Wie do czego brunet jest zdolny i jak bardzo Mu na Niej kiedyś zależało. I chyba nawet ciągle zależy... - Chciał zrobić coś bardzo głupiego i na początku nawet chciałem Mu w tym pomóc ale doszedłem do wniosku, że jest zbyt dużo do stracenia, żeby dać się wsadzić za kratki.
- Boże...
- Hej... - głaszczę Ją po policzku. Mam wrażenie, że to Ją trochę uspokaja w stresujących sytuacjach. Ok, pierwsza część za mną. Teraz druga bomba. - Nie zrobił tego co chciał zrobić. Nie pozwoliłem Mu na to. Pokłóciliśmy się trochę o to któremu z Nas bardziej na Tobie zależy i co jesteśmy w stanie dla Ciebie zrobić ale obeszło się bez rękoczynów. - kontynuuję. Jest coraz bardziej przestraszona.
- Coś się jednak stało, że Go tu nie ma. - mówi cicho.
- Pokazałem Mu wszystko to co miałaś w teczce. 
- Co zrobiłeś?!
- To co powinienem zrobić już dawno temu. Szkoda tylko, że nie osobiście. - odpowiadam z lekkim żalem.
- Michael o czym Ty mówisz? - znów patrzę na Nią, a Jej oczy są duże, przestraszone i załzawione.
- Matthias poszedł z tym na policję.
- Gdzie?! Czy Wy poszaleliście?! Przecież Karol...
- Uspokój się... Julka posłuchaj mnie uważnie... Matt ma zaufanego oficera w Policji w Innsbrucku. A ten ma zaufanego oficera w przemocy domowej. Cała sprawa jest utajona i wiedzą o Niej tylko 4 osoby. Ci oficerowie, Matt i Ja. Twoje dokumenty to niepodważalny dowód w sprawie ale żeby sprawa ruszyła potrzebne są Nam Twoje zeznanie i naoczny świadek.
- Michael ale... - jest w szoku. - Jak mogłeś mi to zrobić? - pyta z wyraźną pretensją w głosie. 
No i masz co chciałeś...
Nie chciałem. 
- Jula, nie mogłem tak po prostu odpuścić. Nie mogłem pozwolić, żeby facet, który zrobił Ci krzywdę chodził sobie wolno i czuł się bezkarny.
- Ale On jest bezkarny i będzie, bo ja nie złożę żadnych zeznań Michael! 
- Julia...
- Nie i koniec! 
- Dlaczego? - pytam wprost.
- Bo nie chcę przez to przechodzić kolejny raz Michael. Chcę wymazać wszystkie związane z Nim wspomnienia i zacząć nowe życie rozumiesz? Chcę zacząć normalnie żyć! Bez Karola na starcie... - mówi pewnym głosem. - Poza tym... mówiłeś, że potrzebny Wam naoczny świadek, a tego mieć nie będziecie więc o czym My w ogóle rozmawiamy? I gdzie jest Matthias? - przez chwilę tylko patrzę w te Jej zdesperowane oczy. Ona na prawdę tego wszystkiego nie chce. I rozumiem to ale nie mogę się poddać. Bo mamy szansę to wygrać.
- Matt ukrywa naszego świadka Julka. - mówię w końcu. Na Jej czole pojawia się wyraźna zmarszczka.
- Słucham? Przecież nie ma nikogo kto dobrowolnie zeznawałby na moja korzyść i...
- Jest ktoś kto nie boi się Karola i komu bardzo na Tobie zależy Julia. 
- Michael... kogo ukrywa Matt? - wiem, że kiedy to powiem będzie się zamartwiać, stresować i płakać po nocach a potem wrzeszczeć, że na nic się nie zgadza i że mnie nienawidzi, że Ją zdradziłem... To będzie cholernie podłe uczucie ale musi się dowiedzieć.
- Matyldę...


**********~*~**********
Jest :)
Krótki, bo noga złamana i boli i nadal kicham po monitorze.
Dłuższy pewnie w niedzielę.
Albo w sobotę. Zależy jak intensywnie kichać będę.
Na pociechę moja kochana murzynka M. kupiła mi 10 pączków i kazała wszystkie zjeść.
I gdyby nie to, że je zjadłam zanim wpadłam na pomysł, żeby zrobić im zdjęcia to widziałybyście jakie kolorowe cuda produkują polskie cukiernie w Birmingham ;)
Dziękuję za Wasze wsparcie Dzióbaski :*